Przejdź do głównej treści Przejdź do wyszukiwarki Biblioteka Pedagogiczna w Trzebnicy

120. rocznica urodzin Jana Marcina Szancera

Utworzono dnia 12.11.2022

Jan Marcin Szancer (ur. 12.11.1902 w Krakowie – zm. 21.03.1973 w Warszawie) – artysta znany głównie jako grafik i ilustrator książek dla dzieci był w rzeczywistości człowiekiem renesansu, obdarzonym licznymi talentami i pasjami. Swoją niezwykle ciekawą biografią mógłby obdzielić tuzin ludzi. Mężczyzna obdarzony nieprzeciętną wyobraźnią i poczuciem humoru. Gawędziarz, bohater i adresat wierszy, takich jak "Androny" i "Dziurawe buty". Człowiek, który – zgodnie z anegdotą – pozował Dunikowskiemu do płaskorzeźby świętego Jana Ewangelisty.

W okresie wczesnego dorastania zachorował na zapalenie płuc i opłucnej. Po chorobie musiał zmienić tryb życia i unikać wysiłku fizycznego. Zaczął jeszcze częściej chodzić do teatru i jeszcze więcej czytać. Wielkie wrażenie zrobiła na nim między innymi proza Wacława Berenta. "Żywe kamienie" obudziły pragnienie ilustrowania książek. „To była pierwsza książka, którą chciałem zilustrować i nigdy nie zilustrowałem” – wspominał.

Od najmłodszych lat spotykał na swej drodze wielu aktorów, poetów, artystów, kolekcjonerów sztuki. Dzięki poznanemu przypadkowo w parku Feliksowi Jasieńskiemu zafascynowała go sztuka Wschodu, szczególnie japońskie drzeworyty. Za sprawą Włodzimierza Żuławskiego zobaczył niesamowitą kolekcję nieznanych rysunków i pasteli Wyspiańskiego, którego szczególnie podziwiał.

Rodzina spoglądała na zamiłowania artystyczne Szancera raz z nadzieją, raz z niepokojem. Kiedy w połowie pierwszej wojny światowej jeden z lokatorów mieszkających w kamienicy jego rodziców – ubożejący malarz i pedagog – przestał płacić czynsz, kompromis zakładał, że będzie udzielał Janowi lekcji rysunku. Szancer wspominał, że zapach farb go odurzył. Leonard Stroynowski okazał się staroświeckim, ale skutecznym pedagogiem. Nauczył młodego, aspirującego artystę zasad perspektywy i oddawania ludzkiej anatomii. Szancer opowiadał po latach, że miał pewne problemy z kreśleniem z pamięci, więc jego pierwszą modelką została mama, Stanisława.

Ojciec, ścisły i praktyczny umysł, wybitny matematyk, marzył o solidnym zawodzie dla syna. Niepokoiły go artystyczne zainteresowania Jana. Na prośbę ojca Szancer przez jakiś czas przyuczał się do zawodu aptekarza, na krótko wstąpił też na uniwersytet, gdzie studiował historię. Ostatecznie wybrał jednak uczelnie artystyczne. Ukończył Wyższą Szkołę Dramatyczną w Krakowie oraz krakowską Akademię Sztuk Pięknych.

Nie wiadomo, ile jest prawdy w opowiadanej przez niego anegdocie na temat wstąpienia na ASP. Osobowości o tak bogatej wyobraźni mają skłonność do mieszania faktów z fantazją. Wersja Szancera brzmi następująco: w szkole radził sobie średnio, był niepokorny i niecierpliwy, dużo wagarował i właściwie porzucił – bez wiedzy rodziców – naukę w gimnazjum. Mimo to zapragnął uczęszczać na zajęcia artystyczne. Oczywiście nie był wpisany na listę studentów krakowskiej ASP, jednak pewnego dnia odważnie wkroczył do przypadkowej sali uzbrojony w przybory rysunkowe. Potknął się na schodach, czym wzbudził rozbawienie, jednak jak gdyby nigdy nic, usiadł na wolnym miejscu i zaczął szkicować nagą modelkę. Wykładowca miał pochwalić jego rysunek słowami: „Spójrzcie, to, co ten chłopak narysował, nie jest obojętne. To jeszcze nieporadne, ale ma temperaturę, którą zapamiętam”. Zgodzono się by uczestniczył w wybranych zajęciach pod warunkiem kontynuowania i ukończenia nauki w gimnazjum.

Podczas studiów na Akademii Sztuk Pięknych poznał między innymi Józefa Czapskiego. Szancer z właściwym mu dowcipem i zmysłem satyrycznym opisywał przyszłego autora "Na nieludzkiej ziemi" słowami: „Był nieludzko wysoki (…) Mógł, idąc ulicą Floriańską, rozmawiać ponad dachami ze swoją siostrą przechodzącą ulicą Sławkowską. To była równie smukła pani”.

Jako twórca był pewny siebie, znał własną wartość. Przyznawano mu nagrody i stypendia za dokonania artystyczne. O swojej pierwszej autorskiej wystawie napisał: „Wyznaczono mi w Pałacu Sztuki dwie maleńkie salki z bocznym światłem. Stłoczyłem najciaśniej, jak to było tylko możliwe, prace z okresu kilku lat. Różne formatem, techniką i rodzajem. Były rysunki węglem z okresu »gigantów«, nadnaturalnej wielkości głowy Bolesława Śmiałego i Szalonego Orlanda, a obok nich szereg portretów bliższej i dalszej rodziny malowanych olejem. Były szkice z podróży i pejzaże, studia aktów i wreszcie ilustracje z bajek”.

Sukces wystawy był raczej umiarkowany. Koledzy po fachu nie przeczyli, że Szancer jest utalentowany, ale wróżyli mu przyszłość ilustratora, nie malarza, co początkowo gniewało młodego artystę, choć czas pokazał, że się nie mylili.

Lata 40. XX wieku to okres współpracy Jana Marcina Szancera z warszawskimi księgarzami i wydawcami książek. Jego profesjonalizm i talent cenili Arct, Gebethner i Wolff, Kuthan. Zaczęło się od wydawania książek dla dzieci. Długoterminowe plany zakładały publikowanie po zakończeniu wojny klasyki literatury polskiej i książek historycznych. Mniej więcej w tym samym okresie rozwinęła się długoletnia współpraca i przyjaźń Szancera z Janem Brzechwą. „Będą mi więc wiersze Janka towarzyszyły przez lata okupacji jak uśmiech. Nawet w najtragiczniejszych momentach przychodziły mi na myśl znakomite, surrealistyczne pointy, wbijające się w pamięć jak przysłowia”.

Jeszcze w gimnazjum Szancer zainicjował powstanie czasopisma „Światłocienie”. Był to nieświadomy wstęp do przyszłej pracy prasowego ilustratora i dziennikarza. Artyście, nawet najzdolniejszemu, nie było łatwo utrzymać siebie i rodzinę. Szancer był dwukrotnie żonaty. Z drugą małżonką, aktorką Zofią Sykulską, doczekał się córki, Małgorzaty. Stabilizację finansową zapewniła Szancerom wieloletnia praca Jana w redakcji „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”. Projektował grafiki, pisał felietony na temat kultury i życia codziennego oraz reportaże z podróży. Poza pracą w IKC, był współzałożycielem i redaktorem naczelnym wydawanego przed drugą wojną światową czasopisma kulturalno-artystycznego „Gazeta Artystów”. Po wojnie redagował dedykowane młodszemu odbiorcy czasopismo „Świerszczyk”. Wcześniej współtworzył też polskie wydanie Disnejowskiego komiksu o Myszce Miki, z czego akurat nie był szczególnie dumny, ale na przestrzeni lat zmuszony był imać się najróżniejszych zajęć.

Przez kilka dekad swojego kreatywnego życia Szancer był scenografem, robił dekoracje teatralne, występował też na scenie, początkowo jako statysta, z czasem w ambitniejszych drugo- i trzecioplanowych rolach. Projektował kostiumy i rekwizyty do filmu, na przykład czarodziejską księgę z filmu "Pan Twardowski" (1936, reż. Henryk Szaro) i stroje do ekranizacji powieści "Nad Niemnem" Elizy Orzeszkowej (niestety film uznaje się za zaginiony, prawdopodobnie spłonął zaraz po wybuchu drugiej wojny światowej). Wraz z Janem Brzechwą pracował nad "Encyklopedią fantastyczną", nieukończonym ostatecznie leksykonem fantastycznych postaci i zjawisk, znanych z literatury, baśni i legend.

Był człowiekiem niezwykle pomysłowym i wszechstronnym. Jednego dnia był nauczycielem rysunku, następnego brał się za projektowanie edukacyjnej zabawki dla dzieci. Współprowadził też zakład fotograficzny, który był jednak głównie przykrywką dla działalności konspiracyjnej podczas drugiej wojny światowej i Powstania Warszawskiego. Szancer wstąpił do AK. W Biurze Informacji i Propagandy tworzył plakaty i druki ulotne, nawołujące do walki o wolność.

Jego los nieustannie splatał się z teatrem. Właśnie w teatrze, a konkretnie w teatralnej garderobie, schronił się wraz z żoną tuż przed i w pierwszym dniu zrywu narodowowyzwoleńczego, kiedy powstańcy oczekiwali na dodatkowe zaopatrzenie i broń. Mieszkanie Szancerów zostało wówczas doszczętnie zniszczone. „Moje szkice, portrety przyjaciół, młodzieńcze rysunki jeszcze z Akademii i książki, które tak kochałem. Spłonęły w ogromnym pożarze, który ogarnął miasto” – pisał artysta po latach. Spłonęła także drukarnia, w której składano „Dodatek Ilustrowany”, kolejne pismo redagowane przez Szancera. Niedługo później dowiedział się, że pilnie strzeżone, zamknięte w pancernych kasach plansze z rysunkami tworzone dla wydawców Arcta i Wagnera zamieniły się pod wpływem gorąca w popiół. Dorobek życia przepadł. „Mogłem więc w zasadzie zmienić zawód, bo zdawało mi się, że nigdy nie zdobędę się na to, aby wszystko zaczynać od nowa”.

Można odnieść wrażenie, że Opatrzność czuwała nad Szancerem, choć on sam wolał to nazywać przypadkiem. Z jednej strony los go nie oszczędzał, z drugiej był jednym z tych ludzi, o których mówi się „urodzony pod szczęśliwą gwiazdą”. Kiedy z powodów światopoglądowych porzucił pracę w "IKC" i stracił źródło utrzymania, na horyzoncie niemal natychmiast pojawiła się propozycja współpracy z wydawnictwami książkowymi, które poszukiwały ilustratorów.

Kilkakrotnie w najcięższych momentach życia, kiedy zostawał bankrutem bez pracy i domu, pojawiał się niespodziewany spadek po bliższych lub dalszych krewnych. Te nieoczekiwane przypływy gotówki pozwoliły Szancerowi godnie żyć, a także realizować kolejną wielką pasję – podróże. Włochy, Hiszpania, Maroko… Odległe kraje inspirowały go, nierzadko nim wstrząsały. Chłonął obce kultury, ich sztukę, architekturę, gwar wielkich miast, ale przede wszystkim ludzi.

Prace Szancera charakteryzuje bogactwo szczegółów. Jego znak rozpoznawczy to wielki rozmach, złożona, ale jednocześnie nieprzeładowana, swobodna kompozycja. Raz tworzył monochromatyczne ilustracje w stonowanej kolorystyce, brązach i zieleniach, innym razem zaskakiwał feerią barw. Często posługiwał się ptasią lub żabią perspektywą, co świadczy o opanowanym do perfekcji warsztacie. Malował charakterystyczne smukłe ludzkie postacie o wyrazistych twarzach i ekspresyjnym spojrzeniu oraz antropomorficzne zwierzęta i przedmioty. Potrafił wyczarować na ilustracjach fantastyczne światy albo zabrać w symboliczną podróż do minionej epoki. Malując postacie starał się przeniknąć ich charakter, uchwycić indywidualizm i psychologiczną głębię. Inspirowało go wielu artystów polskich i zagranicznych, ale był daleki od naśladowania kogokolwiek. Jak sam mówił cudza sztuka uczyła go wnikliwie patrzeć, odkrywać piękno szczegółów.

"Baśnie" Andersena, "Pinokio" Collodiego, "Akademia Pana Kleksa" Brzechwy, "Bajki" oraz "Satyry" Krasickiego, "Lokomotywa" i inne wiersze Tuwima to tylko kilka spośród najbardziej znanych tytułów, które zilustrował. Charakterystyczny podpis JMS widnieje na grafikach w blisko trzystu książkach.

Szancera pociągało również pisanie. Chociaż z wydawnictwami był związany głównie jako grafik, spróbował swoich sił także jako autor i opublikował kilka książeczek dla dzieci. Pierwszą była uwspółcześniona wersja opowieści o Kopciuszku.

Do listy życiowych dokonań Szancera należy dopisać też kierownictwo artystyczne w tworzącej się po wojnie polskiej telewizji, prowadzenie Państwowego Instytutu Wydawniczego oraz profesurę ASP w Warszawie. Studenci wspominali go jako błyskotliwego pedagoga. „Nie narzucał studentom swoich gustów czy upodobań, pozwalał się rozwijać. Nie chodziło mu o to, by wypuszczać twórców naśladujących jego prace. Bardzo mu się podobało, gdy ktoś miał swój własny styl”. Traktował ludzi tak, jak sam chciał być traktowany. Cenił twórczą swobodę i oryginalność.

Nieocenionym źródłem wiedzy o życiu osobistym, zawodowych i artystycznych ścieżkach Szancera są jego biograficzne książki – "Curriculum Vitae" oraz "Teatr cudów". Pełne anegdotycznych opowieści idealnie oddają bogactwo wyobraźni artysty. Literackie wspomnienia Szancera są bowiem na wpół realistyczną baśnią, zaludnioną przez niezwykłe postacie i ich równie niesamowite losy.

Źródło informacji

120. rocznica urodzin Jana Marcina Szancera

Utworzono dnia 13.11.2022, 16:40

NASZA PLACÓWKA

ul. Nowa 1

55-100 Trzebnica

e-mail: biblioteka.trzebnica@wp.pl

tel. 693 822 442

GODZINY UDOSTĘPNIANIA 

Poniedziałek  10.00 - 17.00
Wtorek 09.00 - 17.00
Środa 10.00 - 17.00
Czwartek 09.00 - 17.00
Piątek 10.00 - 15.00

Kalendarium

Lista wydarzeń w miesiącu Grudzień 2022 Brak wydarzeń w tym miesiącu.

Licznik odwiedzin:

W tym tygodniu: 35

W poprzednim tygodniu: 65

W tym miesiącu: 0

W poprzednim miesiącu: 404

Wszystkich: 9256